Zabójstwa, tortury, represje – co można znaleźć w brytyjskich archiwach

Artykuł był opublikowany na portalu Lewica.pl

Bartłomiej Zindulski

Kenyan Mau Mau prisoners

Rząd Wielkiej Brytanii zdecydował się na odtajnienie części dokumentów sporządzanych przez brytyjską administrację kolonialną, armię i służby specjalne w ostatnich latach przed wyzwoleniem się kolonii. Są w nich świadectwa tortur, masakr i tajnych operacji zbrojnych wymierzonych przeciwko działaczom ruchów narodowowyzwoleńczych w brytyjskich koloniach.

Wśród dokumentów przetrzymywanych w archiwach są codziennie raporty dotyczące „eliminacji” przeciwników politycznych brytyjskich władz kolonialnych. Dokumenty świadczą o tym, że członkowie brytyjskiego rządu byli regularnie informowani o sposobach przeprowadzania zabójstw, masakr i tortur, na przykład tak szczegółowe relacje, jak „upieczenie żywcem” któregoś z opozycjonistów. W raportach przesyłanych rządowi, kolonialnych powstańców nazywano „terrorystami” i informowano na bieżąco o zabijaniu ich. Dokumenty wskazują, że brytyjskie władze z podejrzliwością traktowały wszelkie protesty i traktowały je jako dowód na „planowany przewrót komunistyczny”, jak określano dążenia narodowowyzwoleńcze w koloniach za sprawą znaczących wpływów lewicy w tych ruchach. Pisząc o zabijaniu działaczy niepodległościowych, brytyjska administracja używała terminu „eliminacja terrorystów”. Raporty brzmiały na przykład tak jak ten o zamordowaniu całej grupy działaczy malajskich w pobliżu Kuala Lumpur: W Selangor został osiągnięty mały, ale ważny sukces, gdy cała sekcja z Ampang, na przedmieściach Kuala Lumpur, została wyeliminowana, lub jak ten napisany w 1957 roku, sześć miesięcy przed formalnym uznaniem niepodległości: Jak na standardy z zeszłego roku, liczba [przypadków] eliminacji terrorystów może być uznana za zadowalającą.

Czytaj dalej

Profilowanie Czarnych i instytucjonalny rasizm w Stanach Zjednoczonych

Bartłomiej Zindulski. Artykuł opublikowany w Dzienniku Trybuna.


Podczas gdy polskie prawicowe media i politycy wykorzystują masowe protesty antyrasistowskie jakie przetaczają się przez USA do dalszego szerzenia rasizmu i niechęci do imigrantów, na świecie coraz więcej organizacji, instytucji i firm traktuje problem poważnie i wprowadza znaczące reformy w swoim funkcjonowaniu celem ułatwienia walki z dyskryminacją rasową.

Ostatnim przykładem może być firma Amazon, która zakazała amerykańskiej policji i służbom korzystania ze swojego oprogramowania do elektronicznego rozpoznawania twarzy. Chodzi tu o kontrowersyjny, produkowany przez Amazon i działający przy użyciu skomplikowanych algorytmów sztucznej inteligencji program „Rekognition”. Program umożliwia między innymi kojarzenie w czasie rzeczywistym nagrań z kamerek zamontowanych na policyjnych mundurach z policyjną bazą danych i twarzami ze zdjęć w policyjnych archiwach. W teorii ułatwia to zatrzymywanie przestępców.
Twarz osoby poszukiwanej, gdy zostaje choćby przypadkiem zarejestrowana przez kamerkę z policyjnego munduru, zostaje automatycznie rozpoznana przez oprogramowanie ‚Rekognition’ i porównana ze zdjęciami w policyjnych bazach danych. Funkcjonariusz jest automatycznie informowany o tym, że jego kamera zarejestrowała twarz osoby poszukiwanej i może dokonać zatrzymania lub kontroli podejrzanego. W teorii ułatwia to walkę z przestępczością i policja chętnie podaje przykłady najgorszych przestępców – od terrorystów po gwałcicieli i pedofilów, których można wyłapać dzięki temu systemowi. Teoretycznie więc, oprogramowanie jest pożyteczne.

Czytaj dalej

Indonezja: Największy kryzys od lat, gigantyczna fala protestów i zwrot w prawo

Bartłomiej Zindulski, Dziennik Trybuna, 7 grudnia 2020

Lewicowa młodzież podczas demonstracji w Dżakarcie

Kryzys gospodarczy i ofensywa władz

Największa gospodarka Azji Południowo – Wschodniej znalazła się w najgorszym kryzysie od lat. Głównie na skutek pandemii, gospodarka Indonezji znalazła się w recesji jakiej nie widziała od czasu azjatyckiego kryzysu finansowego w 1998 roku. Władze Indonezji przewidują, że 3,5 miliona osób może stracić pracę. Główną branżą indonezyjskiej gospodarki jest rolnictwo, ale duża część kraju jest uzależniona od dochodów z turystyki i każdego roku miliony turystów odwiedzają indonezyjskie wyspy. Od kiedy w związku z pandemią rząd zamknął granice dla osób z zewnątrz, turystów nie ma i nie zostawiają tu potrzebnych gospodarce dolarów. W kryzysie znalazł się też handel, bo władze zmuszone były wprowadzać lockdowny, szczególnie w dużych miastach. Zamknięto też część fabryk i kopalń, wysyłając pracowników do domu bez środków do życia. Duży wskaźnik zachorowań spowodował przeciążenie służby zdrowia a rząd zmuszony został do przeznaczenia dodatkowych środków na pomoc szpitalom.
W wielu krajach Zachodu reakcją na kryzys były rządowe programy mające ograniczyć skutki kryzysu. Były to zasiłki, zapomogi czy zwolnienia podatkowe. W Indonezji jest inaczej. Na początku października rząd wprowadził pakiet rozwiązań prawnych o nazwie „Prawo na rzecz Tworzenia Miejsc Pracy – UU Cipta Kerja)” nazywany w Indonezji „Omnibus Law” ze względu na wielość wątków i zagadnień, które obejmuje. Jest to zbiór poprawek do istniejących przepisów prawnych spisany na ponad 1000 stron i wprowadzony w życie bez konsultacji społecznych ani debat. W historii Indonezji znane były takie projekty prawne, celowo tworzone na setkach stron i poruszające różne zagadnienia, w celu ukrycia w nich kontrowersyjnych poprawek czy projektów ustaw. Tak też jest w tym przypadku.
Formalnie „Omnibus Law” z 2020 roku tworzone jest w celu ułatwienia tworzenia miejsc pracy, zwiększenia inwestycji zagranicznych i wewnętrznych poprzez ograniczanie przepisów regulacyjnych dla biznesu i ułatwień w procesie nabywania ziemi. Brzmi to niewinnie, ale to co się kryje w szczegółach jest bardzo kontrowersyjne. Ustawa uderza bowiem w prawa pracownicze, prawa ludności tubylczej do własnej ziemi, wpłynie na pogorszenie wylesienia indonezyjskich dżungli poprzez redukcję ustaw na rzecz ochrony środowiska i doprowadzi do zwiększania obszarów nędzy. Czytaj dalej

Kolumbia: Zabójstwa działaczy lewicowych zagrożeniem dla przyszłości procesu pokojowego

Bartłomiej Zindulski, Dziennik Trybuna 23 listopada 2020

Kolumbijscy działacze społeczni, parlamentarna lewica i byli bojownicy ruchu partyzanckiego FARC prowadzą akcję protestacyjną przeciwko nasilającej się fali ataków, w wyniku których życie straciło wielu byłych partyzantów FARC prowadzących pokojową, legalną działalność polityczną. Zabójstwa mają miejsce pomimo podpisanego cztery lata temu porozumienia pokojowego i ostatecznej rezygnacji FARC z działalności zbrojnej. Zabijani są też działacze lewicy, którzy nie mają nic wspólnego z FARC. Działacze zorganizowali pokojowy marsz paru tysięcy byłych bojowników do stolicy kraju, Bogoty.

Protestujący chcą rozmawiać z prezydentem kraju Ivanem Duque by żądać przestrzegania zasad ustalonych w porozumieniu. Ivan Duque zawsze był krytyczny wobec porozumienia, które zakończyło trwającą 50 lat wojnę domową. Od kiedy ten prawicowy polityk doszedł do władzy w 2018, umowa pokojowa jest notorycznie łamana a ponad dwustu byłych partyzantów zostało zabitych. Partyzanci FARC w 2016 roku złożyli broń i na mocy porozumienia ratyfikowanego przez parlament otrzymali gwarancje miejsc w senacie. Zagwarantowano też amnestię dla byłych bojowników. FARC porzucił działalność zbrojną cztery lata temu i ogranicza się wyłącznie do działalności politycznej. Nazwa organizacji zmieniona została na Alternatywne Siły Rewolucyjne Wspólnot (Fuerza Alternativa Revolucionaria del Común) – skrót FARC pozostał). Pomimo serii zabójstw, organizacja deklaruje, że chce pozostać wierna postanowieniom porozumienia i wzywa rząd do zapewnienia bezpieczeństwa działaczom.
Zaniepokojenie falą zabójstw wyraża Organizacja Narodów Zjednoczonych. Specjalny wysłannik ONZ do spraw Kolumbii, Carlos Ruiz Massieu, wezwał rząd Kolumbii do zwiększenia starań celem zapewnienia ochrony byłym bojownikom, którzy zabijani są „w alarmujących liczbach”. Massieu zwraca także uwagę na narastającą przemoc i powtarzające się masakry dokonywane na innych grupach ludzi, szczególnie w społecznościach chłopskich. W swoim raporcie przedstawionym Radzie Bezpieczeństwa ONZ, Massieu pisze, że niektóre obszary kraju wciąż są dotknięte przemocą ze strony różnych grup zbrojnych i dochodzi na nich do ataków na działaczy społecznych, obrońców praw człowieka, byłych bojowników lub całe wspólnoty. Massieu domaga się zakończenia bezkarności dla autorów tych działań i pociągnięcia do odpowiedzialności także tych, którzy są „autorami intelektualnymi” tych ataków. „Pokój nie zostanie osiągnięty w pełni jeśli odważne głosy liderów ruchów społecznych będą uciszane poprzez przemoc i jeśli zabijani będą byli bojownicy, którzy złożyli broń i są zdecydowani poddać się reintegracji” – mówił Carlos Ruiz Massieu.

Czytaj dalej

O co chodzi w konflikcie wokół Corbyna?

Bartłomiej Zindulski, Dziennik Trybuna, 19 listopada 2020

Główna ikona lewicowego zwrotu w Partii Pracy, uwielbiany przez młode pokolenie weteran brytyjskiej lewicy, Jeremy Corbyn, został zawieszony jako członek partii, w której spędził całe polityczne życie i do której wstąpił w wieku 16 lat. Jest to kulminacja trwającego kilka lat konfliktu pomiędzy zwolennikami lewicowego zwrotu w brytyjskiej polityce a brytyjską prawicą w nieformalnym sojuszu z wewnętrzną, partyjną prawicą labourzystów.

W ostatnich dniach października, Komisja Równości i Praw Człowieka (Equality and Human Rights Commision – EHRC) opublikowała raport na temat nieprawidłowości jakich dopuściło się kierownictwo Partii Pracy w kwestii rozwiązywania skarg i zażaleń na incydenty antysemickie w partii. Wyjaśnijmy tu, że to nie Jeremy Corbyn był oskarżany o antysemityzm lecz zarzuca się mu i jego współpracownikom, niewystarczające działania na rzecz wyjaśnienia skarg na incydenty antysemickie wewnątrz partii.

Raport EHRC głosi, że Partia Pracy winna była dwóch przypadków „bezprawnych aktów zastraszania i dyskryminacji”. Raport głosi też, że procedury dotyczące rozwiązywania kwestii zażaleń nie działają w partii prawidłowo i łamią ustawę o równości. Ten zarzut jest podobny do tych jakie w różnych sprawach kierowane są pod adresem firm, na przykład sieci supermarketów, zalecając im dostosowanie wewnętrznych procedur do wymogów ustawy równościowej. Ale w tym przypadku raport Komisji sugeruje też, że w partii istnieje „kultura” tolerowania antysemityzmu. I ten zarzut jest poważny.
Głosy sugerujące, że Partia Pracy tolerowała antysemityzm, płyną w głównej mierze ze strony krajowej prawicy, szczególnie prawicowej prasy, na przykład dziennika Daily Mail, który – o ironio – w latach 30-tych zasłynął chwaleniem brytyjskich faszystów Oswalda Mosleya. Ówczesny właściciel tej gazety był przyjacielem Mussoliniego i Hitlera. Ten sam dziennik w ostatnich latach notorycznie atakował na swoich łamach imigrantów, szczególną uwagę poświęcając oczernianiu Polaków. Ataki z użyciem oskarżeń o antysemityzm płyną też ze strony Partii Konserwatywnej. W tym wypadku oskarżenia mają oczywisty cel – walkę z politycznym rywalem. Biorąc pod uwagę fakt, że Konserwatystom udowodniono problemy z instytucjonalnym rasizmem we własnych szeregach, ten głos krytyki nie jest zbyt wiarygodny.
Ale inną, ważną grupą ludzi oskarżających Corbyna o bezczynność w walce z antysemickimi incydentami są potężne organizacje brytyjskich Żydów. Szczególnie warto tu wspomnieć o działającej od ponad stu lat w szeregach Partii Pracy organizacji Jewish Labour Movement – JLM, znanej do 2004 roku jako Poale Zion Great Britain, sekcji międzynarodowej organizacji znanej w Polsce pod nazwą Poalej Syjon.

Czytaj dalej

Bartłomiej Zindulski: Z notesem w północnych Indiach – reportaż

Bartłomiej Zindulski

Z notesem w Północnych Indiach

 

saint-baba

Fot. B. Zindulski

 

Spis treści:

1. Sprzeczności Delhi

2. Kto jeździ do Manali?

3. Walka o Kaszmir

4. Chrystus z Kaszmiru

5. Masakra w Jallianwala

6. Agenci Margaret Thatcher i śmierć Indiry Gandhi

7. Indyjska wiosna?

Indyjska wiosna?

Bartłomiej Zindulski

Indyjska wiosna?

(Część reportażu „Z notesem w północnych Indiach„)

19482218188_37f8b5cdf0_z

Robotnicy drogowi w stanie Jammu & Kashmir. Fot. B. Zindulski

Spacerując po rozpalonym przez słońce dziedzińcu Harmandir Sahib, zatrzymałem się w cieniu jednego z budynków, między kolumnami i przysiadłem na zacienionych schodach, obok wysokiego, chudego strażnika uzbrojonego w długą dzidę podobną do halabardy. Przywitałem się, na co on powiedział uprzejmie:
– Witam w Amritsar. Do jakiej religii należysz? My Sikhowie szanujemy przedstawicieli wszystkich religii z wszystkich krajów i wszyscy są tu mile widziani. Z tego właśnie słynie Sikhizm.
Właściwie to samo słyszałem od przedstawicieli wszystkich religii z jakimi się zetknąłem. W większości miejsc w Indiach wszystkie społeczności religijne żyją ze sobą w pełnej harmonii i przyjaźni. Robią u siebie nawzajem zakupy, podwożą się rikszami, pracują wspólnie w urzędach, z szacunkiem odnoszą się do swych wyznań i tradycji. Myślałem jak by go tu zapytać o przyczynę przemocy z tamtych lat, powody radykalizmu, skąd się wtedy wziął konflikt z państwem?
Takie to miłe miejsce – mówię. Wydaje się takie spokojne i przyjazne. Ludzie odwiedzają tę świątynię w uroczystym nastroju, uśmiechają się do siebie, pozdrawiają.
Brodacz kiwa głową zgadzając się ze mną. A jednak miejsce to było świadkiem tylu aktów przemocy. Skąd się to wzięło? – pytam tonem naiwnego turysty.
Brodacz się lekko skrzywił, jakby chciał powiedzieć, że nie ma sensu poruszać takich tematów w taki ładny dzień. Pewnie wolał opowiedzieć coś miłego o swojej religii, o tolerancji Sikhów, o gościnności, itp. Jednak ponieważ patrzyłem mu w oczy oczekując odpowiedzi, to wziął lekki oddech, zastanowił chwilkę i odpowiedział szybko, od niechcenia, tak jakby recytował coś oczywistego. Powiedział, że gdy ludzie są nieszczęśliwi, to szukają konfliktów a gdy nie mają jedzenia i pieniędzy to są nieszczęśliwi. I tyle.
Innymi słowy głodni i sfrustrowani ludzie skłonni są do wszczynania konfliktów. Pewnie tak jest. Sfrustrowani ludzie szukają dróg wyjścia ze swojej sytuacji a w sytuacji gdy jedyny „język” jakim potrafią wyrażać głębsze emocje to religia, to drogi upatrują w głębszym oddaniu się religii, w fundamentalizmie. Gdy tym językiem jest nacjonalizm narodu uważającego się za uciskany, tym ujściem jest bardziej radykalny nacjonalizm a w skrajnych przypadkach szowinizm. To samo mówił mi miły starzec spotkany w Kaszmirze, gdy zapytałem go o to co piszą indyjskie gazety o islamistach zabijających cywilów.
Bieda i głód prowadzą do frustracji a ta powoduje, że ludzie tracą zaufanie do tradycyjnych struktur uważanych za współodpowiedzialne za sytuację lub niezdolne do jej rozwiązania.

Czytaj dalej

Agenci Margaret Thatcher i śmierć Indiry Gandhi

Bartłomiej Zindulski

Agenci Margaret Thatcher i śmierć Indiry Gandhi

(Część reportażu „Z notesem w północnych Indiach„)

19483760929_97eee0c14c_z

Opiekunowie Złotej Świątyni w Amritsar. Fot. B. Zindulski

W specjalnej szatni należy zostawić swoje buty, za które dostaje się numerek. Wieszaków jest kilka tysięcy a w szatni pracuje kilkanaście osób przynoszących i zanoszących obuwie bez przerwy. Szatnia jest bezpłatna. Następnie po szerokiej na dwa metry ścieżce ułożonej z dywanów, które są brudne, tłuste i mokre od tysięcy stóp, które po nich stąpają, idzie się kilkaset metrów w kierunku bramy, przy której znajduje się bezpłatna stołówka dla każdego kto się tu zatrzyma. Pracują w niej sikhijscy ochotnicy, wypiekając ponoć 150 tysięcy bochenków roti dziennie i gotując tony wegetariańskiej strawy na potrzeby głodnych pielgrzymów. To największa kuchnia z darmowym jedzeniem na świecie. Jedzą tu zarówno zamożni przedstawiciele klasy średniej jak i najbiedniejsi, co w indyjskim społeczeństwie podzielonym na klasy, warstwy i religijne kasty w ramach których występują wciąż dyskryminacja i uprzedzenia, jest czymś rewolucyjnym, tak samo jak było setki lat temu, gdy powstał kompleks świątynny.

Stąd już widać główną bramę do kompleksu Harmandir Sahib, najświętrzego miejsca Sikhów – Złotej Świątyni. Wszystkie budynki są pięknie pomalowane na biało, ozdobione złotymi napisami, wokół posadzono piękne rośliny, można się poczuć szczególnie. Po przejściu przez bramę widzimy ten najważniejszy obiekt w kulturze Sikhów na środku świętego jeziorka. Pielgrzymi są wyraźnie podnieceni wizytą w tym miejscu. Na widok świątyni padają na kolana i czołem dotykają posadzki, kłaniają się najświętszej świątyni, w której spoczywa najświętsza księga ich religii – Gurmukhi, szerzej znana jako Guru Granth Sahib.

Złota Świątynia zbudowana jest na wysepce na środku jeziorka ze świętą wodą. Sikhom zaleca się kąpiel w tej wodzie i picie jej, co większość robi. Wokół jeziorka są zabudowania w których mieszczą się biura rad sikhijskich i innych towarzystw religijnych a także bezpłatne noclegownie. W specjalnych okienkach można wpłacić pieniądze na utrzymanie obiektu i większość to robi. Brodaci pielgrzymi z wielokolorowymi turbanami na głowach kroczą w podniosłym nastroju wokół jeziorka, żeby zaraz wejść do najświętszego obiektu ich religii i na własne oczy zobaczyć najświętszą księgę, z której tekst jest na okrągło śpiewany przy akompaniamencie granej na organach monotonnej, trochę psychodelicznej melodii. Niektórzy pielgrzymi gdy dochodzą do izby w której mogą oddać pokłony świętej księdze, są tak przejęci, że się trzęsą. Inni ciężko oddychają, przecierają oczy, kładą ręce na ustach, jakby nie mogli uwierzyć, że znaleźli się w takiej bliskości świętej księgi. Istotnie, możemy podejść na odległość bodaj dwóch metrów i dokładnie obejrzeć najświętszą. Ustawiłem się na boku izby, żeby przyjrzeć się temu nastrojowi, ale po chwili wysoki brodacz przegonił mnie. Nie można tu stać zbyt długo bo to miejsce chce odwiedzić od stu do stu pięćdziesięciu tysięcy pielgrzymów dziennie a pomieszczenie jest wielkości małego biura czy sypialni. Czytaj dalej

Masakra w Jallianwala

Bartłomiej Zindulski

Masakra w Jallianwala
(Część reportażu „Z notesem w północnych Indiach„)

Adżit urodził się i wychował w Amritsar. Nie jest Sikhem, ale mówi o sobie z dumą ‚Pendżabi Man’. Nigdy nie był nigdzie poza stanem a w samym Pendżabie odwiedził jedynie kilka miejscowości wokół Amritsaru. Dla niego podróż do innego kraju to coś niewyobrażalnego. Nie był nawet w Delhi, ani nawet w stolicy swojego stanu, ani nawet w żadnym innym dużym mieście. Tak jakoś wyszło, że spędził całe życie w jednym mieście w którym się urodził. Ma 32 lata, ale wygląda na ponad 40. Od dziecka pracuje jako rikszarz. Jest chudy, w szarym ubraniu. Miał zmęczoną twarz, może przez upał, z kilkudniowym zarostem, czarne, siwiejące włosy, czarne błyszczące oczy, jakby lekko załzawione, albo przemęczone. Co chwilę podkreśla, że jest biednym człowiekiem. Ale o mieście wie wszystko, doskonale zna historię Indii i chętnie opowiada.

Przez centrum Amritsar przeszła właśnie ulewa wypełniając brudne ulice kilkucentymetrowymi potokami wody. Temperatura oscylowała wokół 40 stopni. W powietrzu unosiła się przybijająca wilgoć. Gdy przejeżdżające samochody oblewały pieszych ciepłą, brudną wodą, nie stanowiło to wielkiej różnicy, bo ciało i wszystko wokoło było mokre od gęstej wilgoci.

Gdy Adżit zobaczył mnie na ulicy, zapytał gdzie chcę pojechać jego rikszą. Główną atrakcją miasta jest Złota Świątynia czyli „Mekka”, „Watykan” i „Jerozolima” Sikhów w jednym. Tam chciałem najpierw pojechać. Ale Adżit, z wyraźnie udawanym, teatralnym zdziwieniem zapytał: – a nie chcesz najpierw do Ogrodu Jallianwala? Czy wiesz co to jest Jallianwala? Oczywiście zgodziłem się, że najpierw trzeba tam pojechać. Patriotyczna, pełna dumy z bycia Hindusem, nawet jeśli trochę mało naturalna, sugestia Adżita nie pozostawiła miejsca na wątpliwość. Czytaj dalej

Chrystus z Kaszmiru

Bartłomiej Zindulski

Chrystus z Kaszmiru

(Część reportażu „Z notesem w północnych Indiach„)

mieszkanki-kaszmiru

Mieszkanki Kaszmiru na jeziorze Dal. Fot. B. Zindulski

Do Srinagaru wjechaliśmy wczesnym rankiem, jeszcze po ciemku. Na widok naszego samochodu na ulicy rozległy się krzyki. Podbiegło kilku nastolatków, zajrzeli przez szybę do środka samochodu i zaczęli gonić za nami. Rozejrzałem się po pasażerach, jednak ci w ogóle na to nie reagowali, podobnie jak kierowca. Gdy zaparkowaliśmy, oblegli nas. Jednak nie interesowali się innymi pasażerami a jedynie mną. Kilku z nich wsiadło do środka na miejsce wysiadających, zaczęli mnie pytać: „dokąd jedziesz? Skąd jesteś, dokąd jedziesz?”. To byli miejscowi rikszarze i taksówkarze polujący na klienta.

Musiałem uważać, żeby nie dać się naciągnąć na kurs do innego miejsca niż to w którym miałem zarezerwowane noclegi. Nocować miałem na barce mieszkalnej na jeziorze Dal. Wiedziałem, że mam dojechać do przystani numer 8. Byłem w nowym miejscu, nie wiedziałem jak dotrzeć do przystani, więc musiałem skorzystać z rikszy. – Zawiozę cię do miłego hotelu – zadeklarował jakiś młodzian, najbardziej aktywny w nagabywaniu. – Ja już mam rezerwację, powiedziałem. – Gdzie? Podałem nazwę, choć raczej chciałem uniknąć rozmowy z przypadkowymi naciągaczami. To znana praktyka, że turysta ma zarezerwowane miejsce noclegowe ale taksówkarz i tak go próbuje zawieść do innego miejsca, w którym ma znajomości lub prowizję. Stary numer. Młodzian na to, że oczywiście zna to miejsce, zna właściciela i że mnie tam zawiezie. Zadzwonił pod jakiś numer, rzekomo do miejsca w którym miałem rezerwację, coś tam pogadał do słuchawki i podał mi telefon. Gość w telefonie oczywiście potwierdził: tak tak, jedź z nim, on cię tu przywiezie, no problem, no problem.. Ale nie uwierzyłem.

Czytaj dalej