„Gdyby nie wolność słowa, bylibyśmy jak te nieme i milczące barany prowadzone na ubój”
George Washington
Philippe Rivière
Było to ważne przemówienie, którego nie powstydziłby się sam ojciec-założyciel Stanów Zjednoczonych. 21 stycznia 2010 r. Hillary Clinton wygłosiła krótką mowę na temat wolności w Internecie. Krytykując państwa, które „wprowadziły elektroniczne bariery mające na celu uniemożliwienie społeczeństwu dostępu do części zasobów światowych [i] wykasowały słowa, nazwiska i zdania z wyników wyszukiwania”, sekretarz stanu posłużyła się credo prezydenta Baracka Obamy: „Im bardziej niezakłócony jest przebieg informacji, tym silniejsze stają się społeczeństwa”. W imię tego „prawa” w obronie wolności słowa i „sieci informacyjnych [które] dają ludziom dostęp do nowych faktów i pozwalają obarczyć rządy odpowiedzialnością za ich czyny”, administracja wprowadziła program wspierający „wypracowanie nowych narzędzi, które pozwoliłyby obywatelom korzystać z ich prawa do wolnego wyrażania się, bez konieczności obchodzenia cenzury politycznej” i ostrzegała przed rządami, które „zupełnie tak samo jak dyktatury znane z przeszłości, (…) celują w niezależnych myślicieli posługujących się tymi narzędziami”.
Wspaniała mowa. Tymczasem, 30 listopada 2010 r. Hillary Clinton ogłosiła zamiar „podjęcia agresywnych działań” celem pozwania organizacji Juliana Assange’a. Jaką popełnił zbrodnię? Ujawniając m.in. (patrz obok), że pani Clinton zażądała od swoich dyplomatów w ONZ, by szpiegowali urzędników tej organizacji i uzyskali, w miarę możliwości, ich dane biometryczne, hasła i numery kart kredytowych, WikiLeaks naraził na niebezpieczeństwo całą „społeczność międzynarodową”. Czytaj resztę wpisu »
